dragon blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2005

Tobson

6 komentarzy

Wieczor. Bylo juz po zmierzchu, lecz cale poludniowe niebo swiecilo ognista luna, co dawalo prawie normalny dzienny blask. Powietrze przesycilo sie jakims dymem, a ja wygladajac przez okno obserwowalem przejezdzajacy obok opancerzony transporter.

W pojazd nagle uderza rakieta, zamiast wybuchu wyzwala jednak ogromna termiczna energie. Czolg i ludzie sie w nim znajdujacy doslownie sie spala. Przez ulamek sekundy slysze ich krzyki, i odwrocam az wzrok. Kiedy po kilku minutach odwazam sie wyjsc z domu, widze jednostki specjalne obok transportera, zabezpieczajace zwloki jego zalogi. Jedno z cial lezy na ziemi, bez ubrania i wlosow, z wypalonymi oczami i stopionymi wargami. W miejscu klatki piersiowej jest ogromna dziura, z zewnatrz wystaja wypalone wnetrzosci i zakrzepnieta krew. Zakrzeplej krwi jest pelno takze na ziemi, i wewnatrz pojazdu. Podchodze blizej, i przypominam sobie ze nie posiadam w ogole jeszcze zadnej broni – zaczynam wiec przeszukiwac wzrokiem cialo oraz okolice pojazdu, w nadzieji ze znajde byc moze jakas bron, nalezaca wczesniej do kogos z zalogi. Budzi to jednak we mnie po chwili dosc spore obrzydzenie, i przez dluzsza czesc snu wacham sie pomiedzy dalszym poszukiwaniem jakiejkolwiek broni, a odejsciem i pozostawieniu tego miejsca w spokoju.

Nagle zwracam na siebie uwage jednego z ludzi ktorzy dotychczas wynosili z wnetrza pojazdu zwloki, i cos zapisywali. Czlowiek odgania mnie, a gdy mimo to powracam wyciaga bron, i mowi zebym dla swojego bezpieczenstwa lepiej stad odszedl. Nie slucham sie jednak, i zakradam sie w poblize miejsca wypadku po raz kolejny. Na ziemi obok zakrzepnietej w wyniku ogromnej temperatury krwi znajduje duza ilosc roznych pociskow, wszelkiego kalibru. Zaczynam je zbierac calymi garsciami, jednak znow ktos mnie zauwaza. Tym razem daja mi spokoj, i sprawiaja wrazenie jakby malo ich obchodzilo czy cos mi sie tutaj stanie czy nie. W tym samym momencie lezace na ziemi pociski zaczynaja eksplodowac z ogromna sila jeden po drugim, i cale miejsce pokrywa fala wybuchow.

Widze dym, ogien, unoszaca sie nad poludniowym niebem ogromna pomaranczowo-czerwona falujaca lune, wypelnia juz ona chyba polowe niebosklonu. Dym i zakrzepla na ziemi krew. W oddali miotajace sie po niebie zolte swiatla, byc moze rakietowych pociskow. Nic nie czuje, po chwili sie budze.

Tobson

Brak komentarzy

Dluga betonowa droga i zaniedbane pobocze. Przechadzam sie pozostalosciami jakiegos chodnika, obserwujac po obu stronach wysokie kolczaste ogrodzenie, a w oddali ogromne hale produkcyjne i zaklady. Widze jeszcze gdzieniegdzie sosnowy las, kryjacy niektore zabudowania. Drzewa wygladaja jednak dziwnie – galezie rzadko posiadaja igly, a te w dodatku bardziej sa barwy czarnej, anizeli zielonej. Stwierdzam tez, ze do okola mnie unosi sie duzo dymu i dziwnej mgly, ktora uniemozliwia dobra widocznosc.

Ide i mijam roznych ludzi, niektorzy sa robotnikami i nie zwracaja na mnie uwagi, inni natomiast zdaja sie tak jak ja zwiedzac ten teren, i niekiedy mnie zaczepiaja. Dochodze w koncu do dlugiej betonowej i niewiarygodnie wysokiej sciany, obok znajduje sie brama i male okienko. Podchodze i widze kobiete za szyba, zaklejona mnostwem karteczek z roznymi informacjami. Dowiaduje sie iz brama ta prowadzi do miasta Babilon, jedynego schronienia dla ludzi wsrod tutejszych pustkowi. Miasto z tego co wyczytuje zajmuje sie handlem i produkcja, i podzielone jest na dwie czesci: do pierwszej wstep maja wszyscy ludzie z pustkowi, a do drugiej dostep maja jednak tylko nieliczni, nie pamietam niestety jak ich tam nazywano. Ogladajac plan miasta dochodze do wniosku, ze musi byc ono niezwykle zaawansowane technologicznie, skoro na dolaczonej mapie nigdzie nie widze nawet sladu pol uprawnych, ktore moglyby wyzywic znajdujaca sie w nim ludnosc. Studiujac dalej informacje okazuje sie, ze w miescie rzadzi Krolowa i chyba dwoch podwladnych jej Ksieciow, jednakze ich ‚opieka’ ogranicza sie tylko do dbania jedynie o „lepsza” czesc miasta, oraz zarzadzania fabrykami. Gorsza czescia rzadzi juz lokalna policja, czuwajaca surowo nad tamtejszym prawem.

Z zamyslen wyrywa mnie nagle kobieta stojaca za szyba, i prosi o powod dla ktorego chce odwiedzic miasto. Przez chwile nie wiem co odpowiedziec, i przypominam sobie o zwinietej karteczce ktora od poczatku czulem w swojej kieszeni. Wyjmuje ja i okazuje sie, iz widnieje na niej mapa jakiegos wielkiego pieca hutniczego, oraz instrukcja jak podlozyc ladunki wybuchowe aby go zniszczyc. W tym momencie uswiadamiam sobie jedna wielka dziure w mojej pamieci, i nie potrafie w ogole siegnac pamiecia do czegokolwiek, na temat mojego pojawienia sie tutaj. Z karteczki wyczytuje jeszcze, iz moja misja musi zostac wykonana, poniewaz inaczej ‚mojemu’ panstwu grozi wchloniecie jego terytorium przez miasto Babilon.

Zmieszany pytam sie kobiety z jakiego powodu musze udzielac na to pytanie odpowiedzi, na co ona mowi, iz tylko poprawne wyrazenie celu w jakim tu przybywam, moze dac mi prawo wstepu do Babilonu. Zastanawiam sie chwile i odpowiadam, ze chce obejrzec wielki piec hutniczy, ktory jest podobno najwiekszym takim na calym swiecie.

Kobieta zapisuje cos, i mowi iz teraz potrzebuję kuponu, na ktorym bedzie mogla wypisac mi przepustke na pobyt w miescie. Jako kupon moze posluzyc dowolny kawalek papieru, jednak to ja musze byc jego posiadaczem. Podaje jej wiec moja zmieta karteczke, odwracajac ja na rysunek pieca hutniczego, i wyjasniam z wielkim usmiechem i napieciem, iz to wlasnie to miejsce ktore pragne odwiedzic.

Wszystko na szczescie udaje sie, i kobieta wypisuje mi prawo do pobytu w pierwszej czesci miasta. Po chwili przyjdzie mi utwierdzic sie w przekonaniu iz miasto jest faktycznie obfite w technologie, poniewaz podchodzac do bramy wysuwa sie automatyczna reka, ktora zabiera na moment karteczke, a nastepnie po jej przeskanowaniu niszczy jedna minieksplozja, dziekujac glosno za przybycie do „Samowystarczalnej Fortecy Babilon”. Przez moment towarzyszy mi uczucie, ze ta sama reka zniszczyla by mnie a nie kartke, gdybym tylko podal nieprawdziwy powod mojego przybycia.

Przechodze przez brame i moim oczom ukazuje sie wielkie pomieszczenie, podzielone na kilkanascie korytarzy, oraz mnostwo schodow i drzwi do innych pomieszczen. Jest ogromny tlok i wszedzie przeciskaja sie ludzie, niektorzy wygladaja na narkomanow, inni na buntownikow i zlodziei, a pozostali nosza przy sobie wielkie torby, i chyba sa handlarzami. Ja obserwujac to towarzystwo uswiadamiam sobie o moim plecaku, i zdejmuje go aby byc pewnym ze nikt mi go nie ukradnie – w miedzyczasie zagladam do jego srodka przez szpare, i widze dwie male bomby zegarowe, gotowe w kazdej chwili do podlozenia.

Krece sie przez chwile i czuje, ze w kazdej chwili moge zostac napadniety i raczej nie warto liczyc w tej sytuacji na pomoc policji – z poczynionych przeze mnie na miejscu obserwacji wynika, ze ta kieruje sie raczej wlasnymi interesami, i mysle ze jest bardzo prawdopodobne ze sam trafilbym do aresztu, wzamian za wyplacony policji haracz przez moich ewentualnych rabusiow. Postanawiam opuscic to miejsce i przejsc dalej. W tym celu odnajduje wielka tablice z mapa sytuacyjna, i probuje okreslic swoje polozenie w miescie. Nie moge jednak przypomniec sobie niczego co moglo wydarzyc sie dalej, poniewaz sen ten chyba zaczal sie przeradzac wtedy w kolejny.

pozdrawiam, tobson

Tobson

Brak komentarzy

Snilo mi sie dzis ze bylem naukowcem, i pracowalem wraz z innymi ludzmi nad zaawansowanym konwerterem materii; urzadzenie to bylo w stanie swymi falami przenikac kazda materie i skanowac jej obraz, co umozliwialo np. teleportacje. Fale tego konwertera ponadto zalamywaly strukture czasoprzestrzeni i dawaly mozliwosc np. podrozy miedzywymiarowych. W chwili gdy przygotowywalismy sie do obwieszczenia swiatu naszego odkrycia, przyszli… kosmici, i zaczeli przekonywac nas, ze takie urzadzenie nigdy nie bedzie ludziom potrzebne i zostaniemy wysmiani; zamiast niego zaoferowali nam wielka lampe oscyloskopowa ogromnej mocy (kilku terawatow), ktorej swiatlo rowniez potrafilo przenikac nawet duze struktury materii. Nasi naukowcy zachwycali sie tym urzadzeniem i zgodzili sie na wymiane. W chwili gdy zabierano nam nasze osiagniecie, czulem ze byc moze najwiekszy wynalazek ludzkosci, zostal wlasnie zaprzepaszczony…

Moyzessh

2 komentarzy

Mialem ostatnio naprawde smieszny sen i musze go choc troche opisac.
Snilo mi sie, ze jechalem do szkoly. W pewnym momencie droga byla
nieprzejezdna, bo byla zablokowana przez jakas orkiestre. Okazalo sie, ze
jest to orkiestra deta strazakow – maja swoja swieto i organizuja parade.
Mysle sobie, okej… popatrzymy jak sobie maszeruja. I kiedy ruszyli i
zaczeli grac myslalem ze umre ze smiechu. Szli i grali na tych trabach,
trabkach i trabeczkach jakze milo sie kojarzaca piesn…. „Allways look on
the bright side of life”. A najlepsze, ze zamiast w pewnym momencie
gwizdac… spiewali pewne slowa (i c**j) w akompaniamencie fletow. Mowie Wam
- naprawde niesamowicie brzmi ten utwor w wykonaniu orkiestry detej =)

Byl to naprawde niesamowity sen.

Pozdrawiam, Moyzessh.

Tobson

Brak komentarzy

(Niestety – sen snil mi sie w srode i dopiero dzis go sobie przypomnialem. Sadze ze wiele jest w nim niescislosci [przyznaje - miejscami z powodu slabej juz jego pamieci fantazjowalem], i prawdziwa tresc snu byla pewnie nieco inna niz tu przedstawiona.)

Rozmawialem ze swoim wujkiem o parapsychologii, i ten w pewnym momencie na temat dotyczacy pozaziemskich cywilizacji powiedzial, ze tak naprawde uwaza, ze wszystko co „wiemy” na ich temat jest kompletna bzdura, i zostalo nam przekazane wlasnie w celu by zafalszowac wlasciwa prawde. Zaczal opowiadac, ze jestesmy tak naprawde ofiara spisku, i jakas cywilizacja po prostu sie nami bawi…

Wedlug jego slow za wszystko odpowiadaja Atlantydzi, a raczej pozostalosc po ich mitycznym panstwie. Atlantydzi od zawsze mieszali sie w sprawy dotyczace Ziemi, i to oni zaludnili ta planete swoimi dziecmi, mieszajac jednak w ich kodzie genetycznym tak, zeby stworzyc 2 rasy – rase Bogow oraz rase niewolnikow, ktorzy beda mogli tym pierwszym sluzyc. Bawilo ich to, ze ci drudzy zakladajac swoje wlasne cywilizacje zyli w kompletnej nieswiadomosci, i traktowali wyslannikow Atlantydow jak swoich Panow, i nauczycieli.

Kim byli a raczej sa Atlantydzi? Rasa Atlantydzka skoligacona jest z rodem najwiekszego wladcy w galaktyce, maja u niego specjalne wzgledy i Krol ten zawsze traktowal ich lepiej od pozostalych cywilizacji.

Uklad sil we wszechswiecie rozklada sie jasno – rzadza humanoidalne istoty o wygladzie zblizonym do czlowieka, ktorzy sami sa pozostaloscia po jeszcze starszej cywilizacji. Najwieksza wartoscia jest wladza i posiadanie, rzecz wspolna chyba dla calego ogolu tego spoleczenstwa. Mocarstwo ma ksztalt panstwa Feudalnego, jednak niewiele istot we wszechswiecie wie o jego istnieniu. Wszedzie jest falsz i ukrywanie prawdy. Baronowie i magnaci rywalizowali ze soba od prawiekow, nierzadko tworzac w tym celu swoje wlasne cywilizacje, i objawiajac sie im pozniej jako bogowie; za pomoca roznych sztuczek kierowali ich rozwojem, i wykorzystywali czesto do wlasnych celow. Tak powstali plejadianie, gady, kasjopejanie i wszyscy inni; ci akurat stworzeni zostali przez Atlantydow, i wciagnieto ich w jedna wielka gre, zwana rywalizacja o gatunek ludzki na planecie Ziemia.

Gra gra i gra raz jeszcze, zabawa dla wszystkich stron. Jednak tylko jedna strona pociaga za sznurki i ma absolutna wladze. Niczym komputerowa rozgrywka taktyczno-strategiczna, ale zamiast w wirtualnym swiecie – toczaca sie w naszej rzeczywistosci…

Atlantydzi nie byli ludem licznym, ale zaprawionym w bojach i doskonale znajacym sie na manipulacji zarowno genetycznej jak i mentalnej. Ich rasa byla rodem cenionych przez wladce wojennych hetmanow, a Ziemie otrzymali w nagrode od niego za zwycieski udzial w jakiejs kosmicznej wojnie. Zapanoszyli sie tu od razu, i oprocz zalozenia swojego panstewka, postanowili zamienic Ziemie w wielki poligon eksperymentalny, z nami – ich potomkami, w roli „krolikow” doswiadczalnych.

Pewien kataklizm przerwal jednak chwilowo hegemonie Atlantydow, i zniszczyl ich panstwo na ziemi. Wladcy atlantydow przeniesli sie do jednej z baz kosmicznych w ukladzie slonecznym, jednak nigdy nie zapomnieli i swojej planecie, i nadal uwazaja zarowna ja jak i nas – ludzi, za swoja wlasnosc. Ostatnio zachcialo im sie czegos nowego – postanowili zabawic sie nasza energia i zaaranzowac mala apokalipse. Trudno powiedziec co sie wydarzy, ale wciagneli w ta gre wszystkie swoje pozostale niewolnicze cywilizacje, wlacznie z tymi z ktorymi utrzymujemy chanellingowy „kontakt”.

Falsz falsz i falsz. Bawia ich nasze emocje i to, ze sadzimy iz mamy wybor pomiedzy „dobrem” a „zlem” – mozemy zaczac po 2012 roku sluzyc gadom, lub nie sluzyc nikomu – piekne! Oczywiscie przy pomocy Plejadan… ci sami nawet nie wiedza, ze to Atlantydzi sa tym Bogiem, ktorego szukaja. Tak, to wlasnie on… Stworca, najwyzsza milosc i najwyzszy stopien stworzenia. Falsz falsz i zaklamanie, nieswiadomosc do osmej potegi.

Caly wszechswiat wyglada bardzo podobnie, i ciezko w ogole powiedziec o co w tym swiecie chodzi – jedno jest pewne, niektore schematy powtarzaja sie w nieskonczonosc, i sa obecne na coraz wyzszych poziomach. Gady moga zaczac rzadzic nami, Atlantydzi rzadza gadami – Galaktyczne krolestwo rzadzi Atlantydami, a kto rzadzi Galaktycznym Krolestwem…?

Wszedzie jest nieswiadomosc. Nikt nic nie wie… Bog. Moze gdyby go nie szukano…

(gdy we snie wujek skonczyl przedstawiac swoja teorie, powiedzialem ze moze rzeczywiscie cos w tym jest i warto by napisac o tym artykul. ten odpowiedzial, ze moglby przedstawic nawet wiele roznych dowodow z historii naszej wspolczesnej cywilizacji, na potwierdzenie swojej tezy – oboje czulismy ze moze wywolac to wielki szok, i przelamac zmowe milczenia. wuj jednak nagle zostaje przez kogos chyba zastrzelony – ale nie pamietam tego zbyt dobrze. sen po tym sie konczy.

swoja droga przypomina mi sie tutaj jeszcze inny krotki sen z 1999 roku, w ktorym… wielki dlugi gadzi leb wraz z szyja weza wylonil sie zza lozka [w pokoju wlasnie tego wujka!], i pokazujac mi wielkie zeby syczac powiedzial, ze jesli dalej bede interesowal sie tymi [ufo etc.] tematami to sie mna zajmie, i mnie tu nie bedzie. przestraszylem sie wtedy i na jakis czas dalem sobie nawet spokoj z ta tematyka…)

Tobson

Brak komentarzy

Siedzac przy stole i przypatrujac sie komputerowym poczynaniom mojego taty (niestety jednostanowiskowa kafejka internetowa w kuchni to akurat wymysl nieskonczonej fantazji juz moich rodzicow), zauwazylem za oknem stojacego czlowieka. Byl to mezczyzna, wieku okolo 40 lat o gestych i ciemnych lecz krotko przytrzyzonych wlosach. Ubrany byl w dziwny uniform z jeszcze dziwniejszymi emblematami, i unosil sie lekko nad ziemia. Od razu wyczulem od tej postaci strach i ogromna nieufnosc (mowiac wprost: blotnista negatywna energie i zdrade), czujac jednoczesnie z obrzydzeniem ze to spotkanie najwyrazniej nie mialo sie ograniczyc tylko do nawiazania kontaktu wzrokowego.

Mezczyzna usmiechajac sie (niezbyt przyjemnie) wskazal swoja lewa dlonia na miejsce obok. Nagle z powietrza wylonil sie malej wielkosci dinozaur z paszcza jaszczura, i o tepym spojrzeniu. Czlowiek przedstawil sie (wszystko slyszalem w myslach, nie za pomoca sluchu) jako Komandor i nazwal gada i jego rase swoimi dziecmi, mowiac iz to on stworzyl ten gatunek i sprawuje nad nia wladze. W dalszej rozmowie Komandor zarysowal przede mna jego wizje polaczenia Wszechswiata w jedna rodzine, razem z ludzmi, nim samym oraz gadami.

Komandor zachecal mnie bym wzial udzial w wycieczce statkiem kosmicznym po ukladzie slonecznym, a na koniec zechcial uczestniczyc w koncercie, na ktorym gad ktorego mial obok siebie prezentowac mial swoj talent muzyczny. Wszystko dalej odbieralem telepatycznie jako gotowe mysli a niekiedy obrazy i dzwieki, i tak np. dowiedzialem sie ze muzyka uwazana jest przez Komandora oraz rase gadow (ktora we wszystkim notabene go nasladuje) za cos rownego swym pieknem harmonii wszechswiata i sile stworzenia, i jest ona ubostwiana przez nich dziedzina. Sam gad byl dosc znany w kosmosie i faktycznie mial cieszyc sie duzym uznaniem.

Podczas gdy Komandor zachecal mnie, ja otrzymywalem drugi przekaz w ktorym widzialem historie czlowieka ktory mu zaufal, i uznal za zbawiciela. Czlowiek ten rzeczywiscie odbyl wycieczke po najblizszych gwiazdach, a nastepnie wysluchal naprawde ciekawego i dosc ladnego dla ucha koncertu, w wykonaniu gada (gad gral na „skrzypcach” wykonanych z jakiegos tworzywa, byla tam wzmianka tez o budowie skrzypiec, mianowicie jest to drzewo rosnace na planecie gadow, i ktorego galezie pocierane w odpowiedni sposob wydaja rozne dzwieki… mialo to dzialac kojaco na uklad nerwowy gadow, i w ich rozwoju cywilizacyjnym stalo zawsze za pierwszorzedny priorytet). Niestety pod koniec koncertu czlowiek… zostaje przez gada doslownie polkniety i zjedzony (odgryziona glowa), bowiem taka byla wlasnie prawdziwa cena za to co otrzymal. Widze duzo krwi, i nagle przekaz chyba sie konczy, a ja mam przed soba Komandora przypatrujacego sie mi i zadajacemu znow pytanie:

K: czy chcesz?
T: nie mam najmniejszej ochoty na uczestnictwo w tym
K: (usmiechajac sie znow nieprzyjemnie) ale i tak wiesz co cie czeka i wiem ze zdajesz sobie sprawe ze nie musisz sie niczego obawiac… co ci w koncu szkodzi poswiecic jedno ze swoich istnien i jedna glupia sprawe, skoro mozesz otrzymac wzamian od nas duzo wiecej. wiesz dobrze ze wszystko co chcesz, mozesz;
T: (ze strachem) niestety nie chce i ta propozycja nie istnieje zupelnie dla mnie
K: jak sobie tego chcesz

Po tym Komandor znika, a ja… zostaje sam na sam z gadem za oknem. Gad wydaje sie spac, jednak czuje ze to tylko pozory. Podchodze blizej i widze… ze jego „skrzypce” posiadaja naciagnieta na jedna galaz cieciwe, i gad po prostu zrobil z tych skrzypiec luk. Grot strzaly byl wycelowany w mojego ojca, a ja zaczalem sie strasznie bac o jego zycie. Nie chcialem jednak budzic gada i wyszedlem z kuchni, po czym odezwalem sie do taty mowiac by uwazal bo ma gada za oknem, na co on odpowiada, iz sobie z nim poradzi (mialem wtedy przekonanie ze mowie o czyms tak naturalnym, jakby dotyczylo to codziennosci).

Dved

2 komentarzy

Witaj tobson,

Tak Twoj post przypomnial mi o dzisiejszym moim ciekawym doswiadczeniu.
Drzemka w okolicach 17. po obiadku, sni mi sie ze jestem z jakimis
ludzmi nad rzeka, (Narew pewnie bo blisko mnie) to mieli byc jacys
znajomi moich znajomych cos takiego. Przyjechalismy samochodem,
podchodze do skrzyzowania blisko postoju a tam patrzac na asfalt widze
jak plynnie przechodzi on prawym bokiem w wode (rzeke), patrzac w lewo
patrze ze zaraz obok tez jest woda, prawie tak jakby te wciecie przy
skrzyzowaniu (tam gdzie znaki drogowe stoja) bylo jakas mala wysepka. Troche sie przestraszylem bo
jakos duzo tej wody i calkiem blisko i wysoki poziom a bardziej tojak
morze wygladalo niz rzeka. Ale usiadlem sobie a obok jakas panienka
sie przytulila i mi przeszlo ;). CHwilowa utrata swiadomosci i ide tym
razem juz z prawdziwymi znajomymi w strone przeciwna niz bylo to
skrzyzowanie. Tam nie bylo widac wody i wygladalo to jak normalny
kawalek miasteczka, idziemy po chodniku, przy chodniku po prawej leci ogrodzenie
(siatka z tymi metalowymi ramkami) a za siatka nie wiadomo co, drzewa
i jakies zbudowania, a dalej za nimi jakies 500m ta rzeka/morze. Jest calkiem wesolo,
pomyslalem ze moze by pojsc po tym ogrodzeniu wiec na nie skoczylem i
kojarzac pol na pol ze to sen sie usmiechnalem ze rownowaga przychodzi
sama z siebie, no to pomyslalem ze skoro tak (kojarzac juz 60/40 ze to
sen;]) to bede lecial obok ziomali a co ;). Podlecialem kawalek i nagle
problemy ze sterowaniem, cos sciaga mnie w prawo (strona bramki i
dalej tej rzeki). WTF mysle, podlatuej wyrzej, jakby ciagnie silniej,
i nagle dociera do mnie jakby broadcastowana informacja do wszystkich
ze nalezy sie ewakuowac bo bedzie pizdziec za przeproszeniem ;).
Patrze w prawo, a nad ta woda (ktorej samej nie
bylo widac) unosi sie jakby tajfun, taki wir z chmur jakby tylko to
nie byly chmury a rozpadanie sie swiata snu (taka informacje o tym
dostalem), tzn tak jakby swiata tam rozpadal sie/byl wchlaniany albo w jakis inny
wymiar albo jakas nicosc, jakby cos go zjadalo albo lepiej,
rozdrabnialo i wchlanialo. I to sciagalo mnie do
siebie. I co bardzo dziwnego jak dla mnie i nowego, bedac czesciowo
swiadomy dochodzila mnie informacja, ze jak tam wpadne to cos zlego
stanie sie rowniez z moim cialem/zyciem w realu, po prostu
przechlapane w tej dziurze oznacza ze moge sie nie obudzic normalnie
czy cos takiego ;/. Wiec staralem sie odleciec, ale przyciagalo. Mimo
wszystko mialem czesciowa kontrole nad snem i (nie wiem czy sie
wszyscy zgodza) jako ze latwiej jest wyobrazic sobie statyczny obraz
niz dynamiczny, szczegolnie jak w psychice siedzi ze cos cie ciagnie w
inna strone, to sie zatrzymalem w powietrzu. Mialem problemy z
wyobrazeniem ruchu do przodu , wtedy mnie sciagalo w tyl, wiec sie
zastopowalem i czujac ze to cos sie zbliza i rosnie pomyslalem o tym
ze w takim razie musze zwiac z tego swiata i zbudzic sie. Wiec sie
zbudzilem.

Motyw dosc ciekawy ale na 99% jestem pewien ze to znow jakis przekaz
od podswiadomosci a nie zadne demony czy costam. Dziura jak dziura ale te sciaganie do niej bylo w
moich granicach kontrolowalnosci spokojnie (co nie przeszkadzalo lekko
spanikowac i stracic pelna kontrole nad lotem), zreszta caly czas bedac
polswiadom wydawalo mi sie ze to po prostu ja sam skrecam w jej
kierunku. Gorzej z uczuciem niebezpieczenstwa. Po raz pierwszy w snie
mialem przekazana informacje odnoszaca sie do realnego swiata, ze tam
(znaczy tu ;]) mi sie cos zlego stanie jezeli wpadne do tej dziury we
snie, i to niebezpieczenstwo w przeciwienstwie do sciagania, ktore
wydawalo sie mna samym i do opanowania, to niebezpieczenstwo wydawalo
sie jednak realne i niewymyslone przez podswiadomosc.

Po raz n-ty pojawia sie ten dziwny efekt uwidaczniajacy jakies
rozwarstwienie swiadomosci. Domyslasz sie ze snisz, znaczy nie
ograniczaja cie zadne prawa fizyki, ale zarazem ciagle wierzysz w
fabule i to ze jestes gdzie jestes (we snie), jednoczesnie inna czesc
ciebie pamieta o fizycznym ciele i nic nie mowi :) no a w tym wypadku
jak zrobilo sie goroco to przejela kontrole i wybudzila. To wyglada
tak jakby faktycznie takie sny byly od przekazywania informacji, bo
dobrze sie je w miare pamieta, a przemyslec i zrozumiec mozna je
dopiero po obudzeniu bo we snie to jakies tepe te myslenie :). Jakby
nadswiadomosc to kontrolowala?


Pozdrowienia,
dved

Tobson

Brak komentarzy

Wieczor. Bylo juz po zmierzchu, lecz cale poludniowe niebo swiecilo ognista luna, co dawalo prawie normalny dzienny blask. Powietrze przesycilo sie jakims dymem, a ja wygladajac przez okno obserwowalem przejezdzajacy obok opancerzony transporter.

W pojazd nagle uderza rakieta, zamiast wybuchu wyzwala jednak ogromna termiczna energie. Czolg i ludzie sie w nim znajdujacy doslownie sie spala. Przez ulamek sekundy slysze ich krzyki, i odwrocam az wzrok. Kiedy po kilku minutach odwazam sie wyjsc z domu, widze jednostki specjalne obok transportera, zabezpieczajace zwloki jego zalogi. Jedno z cial lezy na ziemi, bez ubrania i wlosow, z wypalonymi oczami i stopionymi wargami. W miejscu klatki piersiowej jest ogromna dziura, z zewnatrz wystaja wypalone wnetrzosci i zakrzepnieta krew. Zakrzeplej krwi jest pelno takze na ziemi, i wewnatrz pojazdu. Podchodze blizej, i przypominam sobie ze nie posiadam w ogole jeszcze zadnej broni – zaczynam wiec przeszukiwac wzrokiem cialo oraz okolice pojazdu, w nadzieji ze znajde byc moze jakas bron, nalezaca wczesniej do kogos z zalogi. Budzi to jednak we mnie po chwili dosc spore obrzydzenie, i przez dluzsza czesc snu wacham sie pomiedzy dalszym poszukiwaniem jakiejkolwiek broni, a odejsciem i pozostawieniu tego miejsca w spokoju.

Nagle zwracam na siebie uwage jednego z ludzi ktorzy dotychczas wynosili z wnetrza pojazdu zwloki, i cos zapisywali. Czlowiek odgania mnie, a gdy mimo to powracam wyciaga bron, i mowi zebym dla swojego bezpieczenstwa lepiej stad odszedl. Nie slucham sie jednak, i zakradam sie w poblize miejsca wypadku po raz kolejny. Na ziemi obok zakrzepnietej w wyniku ogromnej temperatury krwi znajduje duza ilosc roznych pociskow, wszelkiego kalibru. Zaczynam je zbierac calymi garsciami, jednak znow ktos mnie zauwaza. Tym razem daja mi spokoj, i sprawiaja wrazenie jakby malo ich obchodzilo czy cos mi sie tutaj stanie czy nie. W tym samym momencie lezace na ziemi pociski zaczynaja eksplodowac z ogromna sila jeden po drugim, i cale miejsce pokrywa fala wybuchow.

Widze dym, ogien, unoszaca sie nad poludniowym niebem ogromna pomaranczowo-czerwona falujaca lune, wypelnia juz ona chyba polowe niebosklonu. Dym i zakrzepla na ziemi krew. W oddali miotajace sie po niebie zolte swiatla, byc moze rakietowych pociskow. Nic nie czuje, po chwili sie budze.

Ocelot

Brak komentarzy

Ocelot
Nick przyszedł sam jak i mój sen hehhe. śnił mi się ten dziwny kot. śnił mi sie w swoim środowisku, na co wpadłam już na „jawie”. Śniłam ocelota w lesie, jego panem był jakiś starszy człowiek. Wiedziałam że to ocelot chociaż we śnie wymawiajśc jego nazwę mówiłam lanselot co zresztś zapamiętałam i przeniosłam na „jawę”. Ocelot był zwinny i bawił się w wodzie, w pewnym momencie zaprezentował mi swoje możiwości i z niebywałś precyzjś skoczył na klatę swojego Pana. Byłam urzeczona. W przelocie widziałam jego centki mieniące się w powietrzu.

Nesnea

Brak komentarzy

Kiedy ktoś spytał się mnie jakim ptakiem bym chciała byc, odpowiedziałam że orłem. Tej nocy przysnił mi się najpiekniejszy i największy orzeł jakiego w życiu widziałam. Miał połyskujące pióra o niesamowitych kolorach. Zbliżył się do mnie i przysiadł. Był całkowicie oswojony. Dał się pogłaskać. Kiedy go dotknęłam…to było jedno z najbardziej ekstatycznych i niesamowitych uczuć jakie było mi dane przezyć. Emanowała z niego siła, potęga i mądrość. Miałam wrażenie że kiedy go dotykam, nawiązuje się między nami jakiś dziwny kontakt. Jakby coś z niego przepływało do mnie. Uważam, że zwierzęta pojawiające się w moich snach są symboliczne. To był krótki sen, ale naprawdę niesamowity. Zwłaszcza, że ostatnio była u mnie lekka posucha. Dodam tylko, że przed snem wypowiedziałam wyraźne życzenie by snić o czymś miłym. Ale zwykle to się nie udawało. Jestem oczarowana.

nesnea


  • RSS